|
Próbujesz to nazwać,
znależć słowa, które pozwolą ci zrozumieć świat, ludzi. Słowa, które pozwolą
ci być zrozumianym. Próbujesz na różne sposoby z różnymi skutkami, ale wciąż
szukasz. Wierzysz, że kiedyś to nazwiesz i życie stanie się proste i
kompletne, szukasz tych odpowiedzi w sobie, bo wszytsko zaczyna się od
ciebie i dzieje się gdzieś na tej cienkiej linii oddzielającej cię od reszty
świata. Zostają tylko słowa, którymi próbujesz oswoić rzeczywistość, nazwać,
zrozumieć. Efekty nie zawsze są zadowalające.
Próbujmy. |
Do jakiegoś stopnia aktualna pozostaje wciąż poprzednia notka. Jest jakiś kryzys, którego nie chce mi się rozwiązywać, więc udaję, że go nie ma, więc śmieję się za głośno, tańczę za długo i piję odrobinę więcej niż jest to konieczne. Ale tylko odrobinę. Bawię się. A utarło się, że o zabawach złych zwierzątek pisze się na transgresji.
I śnię sny, które są tak niesamowicie wyreżyserowane, że najchętniej dałabym oskara własnej podświadomości. A potem posłałabym ją na emeryturę. Dlaczego Irvin Yalom nie ma swojego gabinetu po sąsiedzku? Co ja mam niby zrobić z tymi lękami egzystencjanymi? No co?
Biedna Mary.
skomentuj (3) |
To przychodzi pręzej lub później o tej porze roku, to przychodzi zawsze, nie ma się czemu dziwić, nie ma po co się obrażać, nie ma z czego się tłumaczyć. To się prędzej czy później musi wydarzyć, trzeba zacisnąc zęby i to przetrwać, nie po co narzekać, nawet jeżeli jest na co. Trzeba to sobie zracjonalizować, zoperacjonalizowac i przezwyciężyć. Trzeba żyć dalej, nawet jeżeli w snach powracają z uporem śmiertelne motywy, samobójcze podpowiedzi. To przychodzi cyklicznie i sezonowo, jest przewidywalne i możliwe do oswojenia. Możliwe, że jest możliwe.
A jednak znów mnie zaskoczyło, wzięło za gardło i teraz zabiera powietrze, zabiera wiarę i siłę.
Nie chcę tego nazywać depresją, bo wtedy musiałabym przyznać rację temu i owemu, grzecznie pójść do psychiatry i czekać na farmaceutyczne odbicie emcjonalne. Nie chcę tego w ogóle nazywać, nie chcę opowiadać.
Sezonowy napad egzystencjalnej pustki, własnej beznadziei i żałości świata. Jak zawsze o tej porze roku. Jak zawsze nie do wytrzymania.
skomentuj (3) |
Właściwie zaczął się bez sensu, od środka albo i od końca. Właściwie wszystko miało być nie tak. Właściwie nie mogłoby być lepiej. Bo wszak gdyby wszystkie postanowienia noworoczne zrealizować w ciągu tygodnia to cóż pozostałoby na resztę roku? Że już o tej formie pragmatyzmu, jakim jest zostawianie sobie jakiejś puli postanowień na rok następny.
W tym roku nie planuję rzucać palenia, ani robić rewolucji. Nie planuję również miłości, choć nie wykluczam romansu. Raczej w drugiej połowie roku niż w pierwszej. Na pierwszą połowę zostawiam sobie upojny romans z wyższym wykształceniem, które wreszcie ostatecznie i nieuchronnie trzeba zdobyć, nie da się tego odwlekać ani o minutę dłużej. Nie planuję życia towarzyskiego, poza tym, że planuję je ograniczyć na czas niejaki. Natomiast nie planuję szczegółowo rozwoju wypadków, bo jest to irracjonalne i zbędnie czasochłonne. A i efekty zawsze są rozbieżne z oczekiwaniami. Zawsze. Planuję zorganizować sobie nudne życie, przerywane ciekawymi przerywnikami, nie wykluczam chorych jazd, ale z preferencją cudzych nad własnymi. Zamierzam też chodzić na siłownię i kupować sobie nowe ciuchy nie tylko wtedy, kiedy jestem na granicy wybuchu nieukierunkowanej agresji. Planuję mieć plan dnia i plan tygodnia oraz plany wakacyjne. Planuję zaplanować rozwój kariery zawodowej. Nie planuję być perfekcyjna, planuję natomiast być niebezpiecznie bliska ideału. I wreszcie tak na dokładkę - planuję na czas płacić rachunki i wychodzić z pracy o 17.
No to macie wszyscy dowód na piśmie i za rok będziecie mogli mnie z tego wszystkiego rozliczyć, a w razie konieczności - ukamienować. Ale dopiero za rok - nie wcześniej.
skomentuj (2) |
Święta mają swoje niezaprzeczalne uroki i plusy dodatnie, które przeważają nad plusami ujemnymi. Trzy dni w łóżku i okolicach, z grzejącym kolana i cicho pomrukującym komputerem, z urodzinową książką i zapachem mandarynek i pomarańczy, który tak proustowsko kojarzy mi się z tym czasem w roku.
Grzeję się więc i wysypiam, Warszawa została gdzieś strasznie daleko, wszyscy w rodzinnych stronach, wymieniamy się życzeniami i tym ogólnym przejedzonym lenistwem. Nie ma jakoś klimatu do knucia spisków, a nawet snucia planów. Jest to świąteczne ciepło i życzliwość, które nieuchronnie przychodzą po przedświątecznych gorączkach i przeziębieniach.
skomentuj (1) |
... do roku.
Uroczy dzień. Prezenty, kwiaty, życzenia i korzyści majątkowe przyjmuję do końca tygodnia. Przyszłego;)
Uroczy dzień. A ja lubię takie urocze dni.
skomentuj (0) |
Oj. Stanowczo za mało snu ostatnio. I o ile weekendowe niedosypianie ma swoje niezaprzeczalne i niepodważalne uroki, o tyle to "tygodniowe" ma ich znacznie mniej, jeśli w ogóle jakieś.
Chociaż dzisiejsze poranne niebo, którego już teraz nie widać mogłoby udawać jakiś urok. No dobrze, było piękne.
Ale nie poczułam się dzięki temu ani odrobinę bardziej wyspana. A dzień, jak to ostatnio się przyjęło w moim korpo-pół-światku będzie ciężki albo bardzo ciężki. Oj.
skomentuj (0) |
|