miriam-p blog

Twój nowy blog

Do jakiegoś stopnia aktualna pozostaje wciąż poprzednia notka. Jest jakiś kryzys, którego nie chce mi się rozwiązywać, więc udaję, że go nie ma, więc śmieję się za głośno, tańczę za długo i piję odrobinę więcej niż jest to konieczne. Ale tylko odrobinę. Bawię się. A utarło się, że o zabawach złych zwierzątek pisze się na transgresji.

I śnię sny, które są tak niesamowicie wyreżyserowane, że najchętniej dałabym oskara własnej podświadomości. A potem posłałabym ją na emeryturę. Dlaczego Irvin Yalom nie ma swojego gabinetu po sąsiedzku? Co ja mam niby zrobić z tymi lękami egzystencjanymi? No co?

Biedna Mary.

sezonowo

3 komentarzy

To przychodzi pręzej lub później o tej porze roku, to przychodzi zawsze, nie ma się czemu dziwić, nie ma po co się obrażać, nie ma z czego się tłumaczyć. To się prędzej czy później musi wydarzyć, trzeba zacisnąc zęby i to przetrwać, nie po co narzekać, nawet jeżeli jest na co. Trzeba to sobie zracjonalizować, zoperacjonalizowac i przezwyciężyć. Trzeba żyć dalej, nawet jeżeli w snach powracają z uporem śmiertelne motywy, samobójcze podpowiedzi. To przychodzi cyklicznie i sezonowo, jest przewidywalne i możliwe do oswojenia. Możliwe, że jest możliwe.

A jednak znów mnie zaskoczyło, wzięło za gardło i teraz zabiera powietrze, zabiera wiarę i siłę.

Nie chcę tego nazywać depresją, bo wtedy musiałabym przyznać rację temu i owemu, grzecznie pójść do psychiatry i czekać na farmaceutyczne odbicie emcjonalne. Nie chcę tego w ogóle nazywać, nie chcę opowiadać.

Sezonowy napad egzystencjalnej pustki, własnej beznadziei i żałości świata. Jak zawsze o tej porze roku. Jak zawsze nie do wytrzymania.

rok pragmy

2 komentarzy

Właściwie zaczął się bez sensu, od środka albo i od końca. Właściwie wszystko miało być nie tak. Właściwie nie mogłoby być lepiej. Bo wszak gdyby wszystkie postanowienia noworoczne zrealizować w ciągu tygodnia to cóż pozostałoby na resztę roku? Że już o tej formie pragmatyzmu, jakim jest zostawianie sobie jakiejś puli postanowień na rok następny.

W tym roku nie planuję rzucać palenia, ani robić rewolucji. Nie planuję również miłości, choć nie wykluczam romansu. Raczej w drugiej połowie roku niż w pierwszej. Na pierwszą połowę zostawiam sobie upojny romans z wyższym wykształceniem, które wreszcie ostatecznie i nieuchronnie trzeba zdobyć, nie da się tego odwlekać ani o minutę dłużej. Nie planuję życia towarzyskiego, poza tym, że planuję je ograniczyć na czas niejaki. Natomiast nie planuję szczegółowo rozwoju wypadków, bo jest to irracjonalne i zbędnie czasochłonne. A i efekty zawsze są rozbieżne z oczekiwaniami. Zawsze. Planuję zorganizować sobie nudne życie, przerywane ciekawymi przerywnikami, nie wykluczam chorych jazd, ale z preferencją cudzych nad własnymi. Zamierzam też chodzić na siłownię i kupować sobie nowe ciuchy nie tylko wtedy, kiedy jestem na granicy wybuchu nieukierunkowanej agresji. Planuję mieć plan dnia i plan tygodnia oraz plany wakacyjne. Planuję zaplanować rozwój kariery zawodowej. Nie planuję być perfekcyjna, planuję natomiast być niebezpiecznie bliska ideału. I wreszcie tak na dokładkę – planuję na czas płacić rachunki i wychodzić z pracy o 17.

No to macie wszyscy dowód na piśmie i za rok będziecie mogli mnie z tego wszystkiego rozliczyć, a w razie konieczności – ukamienować. Ale dopiero za rok – nie wcześniej.

Święta mają swoje niezaprzeczalne uroki i plusy dodatnie, które przeważają nad plusami ujemnymi. Trzy dni w łóżku i okolicach, z grzejącym kolana i cicho pomrukującym komputerem, z urodzinową książką i zapachem mandarynek i pomarańczy, który tak proustowsko kojarzy mi się z tym czasem w roku.

Grzeję się więc i wysypiam, Warszawa została gdzieś strasznie daleko, wszyscy w rodzinnych stronach, wymieniamy się życzeniami i tym ogólnym przejedzonym lenistwem. Nie ma jakoś klimatu do knucia spisków, a nawet snucia planów. Jest to świąteczne ciepło i życzliwość, które nieuchronnie przychodzą po przedświątecznych gorączkach i przeziębieniach.

… do roku.

Uroczy dzień. Prezenty, kwiaty, życzenia i korzyści majątkowe przyjmuję do końca tygodnia. Przyszłego;)

Uroczy dzień. A ja lubię takie urocze dni.

oj

Brak komentarzy

Oj. Stanowczo za mało snu ostatnio. I o ile weekendowe niedosypianie ma swoje niezaprzeczalne i niepodważalne uroki, o tyle to „tygodniowe” ma ich znacznie mniej, jeśli w ogóle jakieś.

Chociaż dzisiejsze poranne niebo, którego już teraz nie widać mogłoby udawać jakiś urok. No dobrze, było piękne.

Ale nie poczułam się dzięki temu ani odrobinę bardziej wyspana. A dzień, jak to ostatnio się przyjęło w moim korpo-pół-światku będzie ciężki albo bardzo ciężki. Oj.

rocznicowo

1 komentarz

Nie pamiętam jaka wtedy była pogoda i nie pamiętam, jaką wtedy lubiłam herbatę, czy już wtedy różnicowałam jakie wino piję, czy jeszcze wszystkie pyły półwytrawną Sophią, nie pamiętam za jakimi chłopcami oglądałam się na ulicy. Nie do końca też pamiętam, do czego wtedy było mi potrzebne to miejsce. Może wtedy też tego nie wiedziałam?

Minęło pięć lat i dalej nie do końca to wiem. Nie wiem czy bardziej się tu odkrywam, czy ukrywam, nie wiem, czy kolejne znajome twarze w gronie czytelników napawają mnie bardziej dumą czy niepokojem. Wiem, że przez te pięć lat zostało tu wiele ważnych i nieważnych chwil i wydarzeń. Wiem, że dobrze jest wracać do nich od czasu do czasu. Wiem, że te dni, po których został ślad nie zniknęły, istnieją jakby bardziej, można do nich wrócić i przypomnieć sobie to, co kiedyś wydawało się warte słów, podzielenia się, pokazania. Właściwie nie wydawało się, tylko było i przez to teraz bardziej jest.

I dlatego w prezencie urodzinowym otwieram archiwum, żebyście i wy mogli zobaczyć, kim była Miriam dwa, trzy lata temu. A nawet pięć lat temu.

A przyszłość zaczyna się jak zwykle jutro. Może nawet bardziej niż zwykle.

naga prawda

3 komentarzy

Urocze dni, w uroczym towarzystwie, rozkoszne listopadowe słońce, błyskotliwe dyskusje, kultura niezmiernie wysoka, weekendy jak słońce zza niezbyt ciemnych chmur. A potem taka niedziela.

I nagle telefon milczy, wiatr wieje w oczy, kanar wyrzuca z tramwaju, ludzie brzydną w oczach, kolacja nie smakuje, błyskotliwość znika, jakby jej nigdy nie było, nic nie cieszy i nie może cieszyć, wszystkie miłe i dobre rzeczy wydają się niebyłe, wymyślone.

Zmywam makijaż, który i tak nie potrafi przykryć i ukryć zmęczonej twarzy i staję twarzą w twarz z nagą prawdą, która mi się nie podoba, tak jak ja się sobie nie podobam, jak moje życie. Dzisiaj. A może nie dzisiaj, tylko zawsze? Może te wszystkie miłe i dobre rzeczy są tylko jak ten makijaż, który nie jest w stanie przykryć pustki i beznadziei.

Śniłam dzisiaj, że biegałam po zimowej starówce z cylindrem i prosiłam ludzi o dzielenie się drobnymi dobrymi wspomnieniami. Niektórzy się dzielili, inni przechodzili spuszczając wzrok, niektórzy mówili z żalem, że mają tylko jedno dobre wspomnienie i nie mogą się nim ze mną podzielić, a jeszcze inni, że nie mają nic, co mogliby mi dać.

Jak ja.

wzajemność

1 komentarz

Skończył się ten długi weekend, który tak bardzo był mi potrzebny. Nie dogoniła mnie na szczęście zaduma nad przemijaniem, wciąż jestem nieśmiertelna i wy też nie ważcie się nie być. Wszystko dobrze się skończyło. Wróciła M. czyniąc rozkoszne przejęzyczenia w co drugim wyrazie, ale wróciła wypoczęta.

A mi udało się powiedzieć coś, do czego nawet się nie przymierzałam. I udało mi się odkryć coś oprócz tego, że po dwóch kieliszkach wina świat nabiera właściwej ostrości. Coś nawet więcej ponad tę (nie)oczywistą oczywistość, że miejsce, w którym jestem w swoim życiu jest dobrym miejscem, nawet jeśli wymaga solidnego przemeblowania. I że ludzie, którzy są wokół mnie są zjawiskiem, zjawiskiem, którego nawet nie przewidziałam, nie spodziewałam się, a jednak tak łatwo się do niego przyzwyczaiłam. I jeszcze jedno – że czasem warto powiedzieć coś, żeby odkryć, potwierdzić zgodność. Wszystko rozbija się o wzajemność. I jeśli ty nie otworzysz się przede mną, ja nie otworzę się przed tobą. A jeśli ja nie otworzę się przed tobą, ty nie otworzysz się przede mną. I wcale nie chodzi o to, kto będzie pierwszy, zwłaszcza, kiedy spotyka się dwoje „słuchaczy”. Chodzi o to, żeby był właściwy czas, żeby po prostu był czas.

Mamy czas.

Godspeed

4 komentarzy

Dziwnie, dziwnie.

Zamiast Halloween – absurdalnie histeryczny dzień, który zaczęłam w nastroju bulteriera, a skończyłam atakiem histerii, kiedy bez ulubionego korkociągu nie mogłam uporać się z butelką czerwonego wina. Do czasu oczywiście. Potem się upiłam. Z Wiśnią. I z Ag. Bo my fajne dziewczyny radzimy sobie sami.

W święto zmarłych zamiast popadać w zadumę na cudzych grobach odgruzowałam pokój i antresolę. A potem… No zgadnijcie. Upiłam się, dla odmiany z chłopakami. I tańce. Uwielbiam tańczyć. A szczególnie z P. Z D. też, ale D. nie ma, a jak wróci to dostanie. A potem – kto wie. Może i znowu będziemy tańczyć. Albo będziemy się kłócić, to też zabawne.

I wczoraj się też upiłam, tym razem w tym celu wyszłam z domu i zawracałam głowę innym.

A dzisiaj mam już dość, dziś bardzo grzecznie jestem w domu, w którym nie ma ani kropli czerwonego wina, ani białego, ani nawet różowego. W ogóle nic. Więc jestem i jestem grzeczna i wszystko jest bosko. I tylko Junior podglądając moją muzykę się zaniepokoił. Bo ileż można słuchać jednej piosenki Patti Smith? Można. Można długo, dużo. A potem można jeszcze raz.

Have you said Godspeed?


  • RSS